Już nigdy nie pójdziemy razem.
Mogła być może jeszcze pożyć. Dzień, tydzień. Już raczej nie dwa.
Dzisiaj w weterynarii dostała ataku padaczki albo miała udar.
I podjęłam decyzję, że już nie ma we mnie zgody, żeby ją kłuć, wozić na badania, nawadniać, badać, męczyć.
Z dnia na dzień traciła siły. Już nie chodziłyśmy na spacery.
Już nie chciała jeść.
Już prawie nie widziała.
Słyszała tylko gdy wołałam bardzo głośno, a i to nie była pewna, z której strony słyszy głos.
Ostatnie dwa dni ciągle dreptała próbując wcisnąć się w jakiś kąt.
Nie muszę pisać co czuję.
Jutro ją pochowam. W miejscu, które szczególnie pokochała.
Za śniadania. Za obsługę, która rozpieszczała ją żółtym serem i dobrym słowem. Szarogęsiła się tam, jak to zwykle ona.
Czekała u brzegu, gdy wypływałam daleko w jezioro.
Cieszę się, że będzie tam, gdy znowu zajadę na kawę, śniadanie lub zrobię warsztat.
Moja Towarzyszka.
Zapalam jej teraz światełko.
Możecie dołączyć:
Wspomnieniem, zdjęciem. Dobrym słowem dla niej.
Znalazłam dla niej wiersz, Thich Nhat Hanh
KARTKA
Nic się nie pojawia, nic nie znika,
Nie ma przedtem, nie ma potem.
Trzymam Cię mocno,
Puszczam i uwalniam;
Ja jestem w Tobie,
A Ty jesteś we mnie.
Kocham Cię Ty moja mała Buntowniczko i zawsze będę przy Tobie.
Wędruj dalej.
Mam nadzieję, że jeszcze wielokroć spotkamy się na tej karuzeli Wszechświata.



