To już rok od śmierci mojej mamy!
Kiedyś żałobę nosiło się przez dwanaście miesięcy.
Czarne ubrania.
Żadnych zabaw, ślubów, wesel.
Nie chodziło się do kina, do teatru.
Unikało się śmiechu.
To był czas ciszy.
Czas ciężki jak ołów.
Czas, pożegnania.
Pamiętam, że jako mała dziewczynka strasznie bałam się tych pań w głębokiej czerni, nierzadko jeszcze w woalce, zza której nie można było dojrzeć twarzy. Albo tych całych rodzin otulonych od stóp do głów w żałobę. Przerażał mnie taki widok do szpiku kości i nie pozwalał zapomnieć o sobie w długie noce, powracając w sennych koszmarach.
Moja mama przestrzegała te dawne rytuały.
Gdy zmarła moja siostra Grażyna, przez cały rok nosiła ciemne kolory. Codziennie dbała, by w wazoniku przed jej zdjęciem stały świeże kwiatki. Często zapalała tam świeczkę i modliła się każdego dnia w jej intencji. Po cichu. Z prostotą. Z miłością.
U mnie ta żałoba wybrzmiała inaczej.
Nie nosiłam czerni.
Nie odmierzałam czasu modlitwą ani kalendarzem.
Rzadko jeździłam na cmentarz.
Moja mama kochała kwiaty, więc często jej je kupowałam,
ale wtedy gdy żyła i mogła się nimi cieszyć.
Dziś mija rok od jej odejścia.
Rok, w którym uczyłam się żyć bez niej.
Rok, w którym powoli godziłam się z tym, że nie wróci.
Że już nie zadzwoni.
Nie otworzy drzwi.
Nie poprosi o poprawienie zasłony.
Że odeszła nieodwracalnie.
Rok mojej żałoby.
Prawie codziennie bywałam w jej mieszkaniu.
Stało puste, milczące.
Jakby też próbowało zrozumieć, przeżyć po swojemu nieoczekiwaną stratę i brak.
Ostatnie 2 miesiące, w czerwcu i w maju, zamieszkałam tam.
Powoli, z czułością, brałam do rąk każdą rzecz.
Część zatrzymałam. Część wyrzuciłam.
Część sprzedałam. Część oddałam.
Piękna lampa trafiła do przyjaciółki – prawie siostry,
a może – w innej wersji świata – bratowej. 
Część z tych przedmiotów trafiło do sąsiadów.
Wszystkie ubrania do Caritasu.
Trochę jeszcze naczyń zawiozę do hospicjum.
To był mój sposób żegnania.
Dotykanie, sortowanie, oddawanie. Jakby ciało przez te gesty próbowało nadążyć za sercem.
Jakby każdy z nich mówił:
“Tak, już wiem. Już rozumiem. Już puszczam”.
To był mój sposób przeżywania.
Cichy, osobny, trochę dziwny, w samotności.
Dzisiaj tak jakoś mam potrzebę oficjalnie oznajmić jej zakończenie. Uczynić symboliczny gest, tak jak zrobiła to kiedyś moja mama,
gdy poprosiła mnie, by odwiesić do szafy jej ciemną marynarkę.
„Już nie będę jej nosić” – powiedziała.
„Kończy się żałoba”. Żałoba po córce, Grażynie.
Pamiętam, jak to we mnie wtedy zapadło.
Pomyślałam, że chciałabym, by ktoś po mnie nosił taką żałobę –
prawdziwą, ciężką, pełną miłości.
I dziś – po tej mojej innej, nieoczywistej –
pojechałam na cmentarz.
Z żółtymi kwiatami.
Mama najbardziej lubiła żółte.
A potem… chciałam jakoś poczuć, że idę dalej.
Już bez niej.
Własną drogą.
Pojechałam do Folwark Hutta –
mojego miejsca ukojenia.
Na coś miłego, bo przecież
nowe ścieżki dobrze jest zacząć czymś dobrym.
Gdy tylko przekroczyłam próg,
przywitały mnie… słoneczniki.
Cały bukiet.
W prezencie. 
Teraz stoją w starutkim wazonie po mamie.
Takie pękate, wesołe, słoneczne i … żółte. 
Niczym pomost pomiędzy tym, co było,
a tym, co dopiero nadejdzie.



