Coraz częściej myślę o tym, żeby sprzedać mieszkanie i kupić kampera.
Czasem dopiero śmierć kogoś, kogo kochaliśmy, przypomina nam z całą bezwzględną jasnością, że nasze własne życie też nie jest nieskończone i że jeśli naprawdę chcemy gdzieś wyruszyć, to właśnie teraz jest na to czas. Bo jeśli nie teraz, to kiedy?
W wieku 67 lat pytanie to ma swój ciężar gatunkowy. Widzę to.
Od śmierci Zuli coraz częściej wraca do mnie pewna myśl. Nie pojawiła się gwałtownie. Nie jest jak nagły impuls czy kaprys, który przychodzi i znika. Raczej jak coś, co powoli dojrzewało gdzieś głęboko; jak nasiono pod ziemią, które przez długi czas pozostaje niewidoczne, aż pewnego dnia zaczyna wypuszczać pierwszy pęd.
Myśl o tym, żeby sprzedać mieszkanie i kupić kampera.
Ta myśl była ze mną już od dawna. Niektórzy mówią, że ja tak całe życie o tym kamperze gadam.
Jeszcze nie tak dawno rozsądek powiedziałby mi:
Alicjo, bądź poważna. W twoim wieku ludzie raczej stabilizują życie, a nie zaczynają nowe drogi. Myślą o bezpieczeństwie, o spokoju, o tym, żeby mieć wszystko poukładane. Bo już niedługo sił – i nie daj Boże – rozumu może nie starczyć.
Ale życie nie zawsze pyta o rozsądek. Jak pisze Milan Kundera:
„Tam gdzie przemawia serce, nie wypada, aby rozum zgłaszał wątpliwości”.
Czasem przychodzi doświadczenie, które zmienia perspektywę tak bardzo, że wszystko, co wcześniej wydawało się oczywiste, zaczyna wyglądać inaczej.
Dla mnie takim momentem była śmierć Zuli.
Kiedy ktoś, kto przez lata był tak blisko, nagle znika z codzienności, zmienia się nie tylko rytm dnia. Zmienia się także sposób patrzenia na życie. Na czas. Na to, co naprawdę jest ważne. Po jej odejściu zobaczyłam wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej, jak kruche i jak krótkie jest życie. I jak bardzo szkoda byłoby przeżyć jego ostatnie lata tylko w półśnie codzienności.
Bo przecież świat jest tak niesamowicie piękny i ciekawy. Tak pełen miejsc, których jeszcze nie widziałam. Tak pełen ludzi, których jeszcze nie spotkałam. Tak pełen dróg, które prowadzą gdzieś dalej niż horyzont moich przyzwyczajeń. A ja coraz wyraźniej czuję, że mam już bliżej niż dalej. Nie mówię tego ze smutkiem. Mówię to z pewną jasnością, która przychodzi z wiekiem. Zrozumieniem, że dni są policzalne. I że właśnie dlatego są tak cenne.
I kiedy myślę o tych dniach, które jeszcze przede mną, coraz trudniej wyobrazić mi sobie, że mogłabym spędzić je w zamknięciu jednego mieszkania, jednego miasta, jednej ograniczonej przestrzeni możliwości. Obserwując życie przez okno. Przez ekran komputera. Przez wiadomości telewizyjne. Coraz bardziej samotna, bo jak powiedziała mi parę dni temu przyjaciółka „wszyscy mi już poumierali”.
Ja chciałabym się tym życiu jeszcze zanurzyć.
Podotykać go. Oddychać nim. Być w nim całym ciałem i całym sercem.
Może dlatego coraz częściej wracam myślą do drogi. Do prostego obrazu samochodu, który jedzie boczną drogą przez las. Do poranka nad jeziorem. Do kawy wypijanej, kiedy świat dopiero budzi się do życia.
Często robiłyśmy z Zulą takie małe próby wolności. Kilkugodzinne wyjazdy z kawą w termosie, z drogą przed nami. Kilkugodzinne wyprawy, które były trochę zabawą, trochę eksperymentem. Chwile, gdy nic nie było ustalone, nic zaplanowane. Czasem mówiłam do niej półżartem, że kiedyś naprawdę wyruszymy. Że pojedziemy dalej.
Teraz Ona wyruszyła w swoją drogę. Beze mnie.
Słabo sobie z tym radzę. Często płaczę i tęsknię. Odczuwam jej fizyczny brak każdą komórką ciała. To była prawdziwa Iskierka Życia.
Zuli nie ma na poziomie fizycznym, ale wiem, że jeśli ruszę w drogę, ona pojedzie ze mną. Zapakuję ją do serca. Do miejsca, które jest bezpieczne i którego nie dosięgnie już ani choroba, ani starość, ani śmierć. Do miejsca, w którym zawsze już będzie ze mną.
W tym roku mija też 20 lat, odkąd moja ukochana nauczycielka buddyzmu, Małgorzata Braunek, nadała mi imię Klejnot Doskonałej Drogi. Wtedy przyjęłam je z wdzięcznością, bo czułam, że jest ze mną zrośnięte niczym skóra, ale też z pewnym poczuciem tajemnicy. Bo takie imię jest jak wskazówka i nie od razu wiadomo, dokąd prowadzi.
Dzisiaj coraz bardziej wiem, że ono mnie zobowiązuje. Żeby nie stać w miejscu. Żeby być w drodze. Żeby nie pozwolić, aby życie zamieniło się w bezpieczną, ale martwą przystań.
Od zawsze lubiłam ten stan pomiędzy. Ten moment przejścia. Ten moment, kiedy coś już się kończy, a coś nowego dopiero zaczyna się wyłaniać. Jak zakręt w podróży.
Droga jest właśnie takim miejscem.
Więc coraz częściej przychodzi do mnie myśl, by sprzedać mieszkanie i kupić kampera. I „wybrać nieskończenie proste życie, pozbawione wszystkiego co zbędne” – jak pisze Shunmyo Masuno. Bo dla kogoś, kto dostał od swojej buddyjskiej nauczycielki imię Klejnot Doskonałej Drogi, taki dom na kołach wydaje się w pewnym sensie najbardziej naturalnym miejscem do życia.
Oczywiście wiem też bardzo dobrze, że mam swoje lata. Że czas biegnie szybko. Że są kwestie pieniędzy. Sił. Bezpieczeństwa na przyszłość. Że życie nie jest tylko poezją drogi. Ale wiem też coś jeszcze. Przez wiele lat miałam w sobie skłonność do zanurzania się w bólu, w smutku, w ciężarze doświadczeń.
Dzisiaj chciałabym spróbować drugiej części życia. Prostej radości z bycia. Poznawania świata. Drogi. Wolności. Bo może ta droga, która od dawna powoli rodzi się we mnie, jest drogą, którą będę mogła przejść nie tylko dzięki własnej odwadze, ale także dzięki ludziom, którzy zechcą ją współtworzyć.
A ja w tym czasie będę robić to, od czego zaczyna się każda prawdziwa droga. Będę upraszczać życie.
Krok po kroku.
I będę Wam o tym pisała. Każdego dnia.
Z podróży. Przy kawie o poranku.
Albo podczas niespokojnej nocy nad brzegiem oceanu.
Jeśli ktoś poczuje, że chciałby dołożyć małą cegiełkę do tej drogi, uruchomiłam też zbiórkę na zakup kampera. Link zostawiam poniżej.



