Jestem już w Mikołajewie. Przeprowadziłam się tutaj na czas wiosenno-letni, by być bliżej Natury.
Jest tu coś, czego nie potrafię Wam pokazać na żadnym zdjęciu, ani opisać, mimo łatwości w operowaniu słowem. Tym czymś jest niebo, które w nocy staje się czymś żywym, głębokim, niemal namacalnym. Jakby otwierała się nade mną przestrzeń, w której naprawdę można się zanurzyć i przestać być w centrum własnego świata.
Tutaj nie ma świateł, które rozmywają noc. Nie ma tej miejskiej poświaty, która odbiera mu tajemnicę, więc kiedy budzę się czasem w środku nocy, podchodzę do okna, otwieram je i patrzę, to mam wrażenie, że patrzę nie tyle na gwiazdy, ile w coś nieskończonego, coś, co istnieje niezależnie ode mnie, co było tu długo przede mną i będzie długo po mnie.
I wtedy bardzo wyraźnie czuję, jak mała jestem, ale nie w sposób, który odbiera znaczenie, tylko raczej w taki, który przywraca właściwe proporcje, jakbym na chwilę przestawała być uwikłana w swoje sprawy, swoje myśli, swoje lęki i widziała siebie jako część czegoś znacznie większego, spokojniejszego, bardziej trwałego niż wszystko to, co na co dzień wydaje się tak ważne.
Ziemia ma około 4,5 miliarda lat, a my, nasz gatunek jesteśmy tu zaledwie od około 300 tysięcy lat, co przy tej skali czasu jest właściwie chwilą, ledwie zauważalnym momentem, który mija zanim zdąży się naprawdę wydarzyć, a jednak w tej krótkiej obecności potrafimy stworzyć całe swoje światy, swoje dramaty, swoje historie, które czasem wydają się nam jedyne i ostateczne.
Podobno Neil Armstronga, po powrocie z księżyca, ta „księżycowa” perspektywa bardzo zmieniła. Doświadczył czegoś, co dziś nazywa się „overview effect”, głębokiego przesunięcia, w którym nagle widać Ziemię jako jedną całość, bez granic, bez podziałów, jednocześnie kruchą i zawieszoną w nieskończonym ogromie, a siebie zobaczył jako niewielką część tej całości, co nadaje wymiar, bardziej pokorny, pozbawiony tej iluzji, że jesteśmy w centrum wszystkiego. Raczej jesteśmy w jedności ze wszystkim.
Jest jeszcze jedna myśl, która wraca do mnie za każdym razem, gdy tak stoję i patrzę w górę, w tę przestrzeń, która wydaje się nie mieć początku ani końca, myśl o tych wszystkich ludziach przede mną, o miliardach istnień, naszych przodkach, którzy w różnych miejscach tej ziemi, w różnych epokach, w zupełnie innych warunkach życia, również podnosili głowę i patrzyli w to samo niebo, może z podobnym zdziwieniem, może z podobnym pytaniem, może z tą samą potrzebą zrozumienia czegoś, czego nie da się do końca nazwać.
I nagle czuję w tym jakąś ciągłość, jakąś nić, która łączy mnie z nimi wszystkimi, jakbym była tylko kolejnym punktem w tej długiej opowieści, kolejnym spojrzeniem skierowanym w górę, kolejnym życiem, które na chwilę się zatrzymało i spróbowało uchwycić sens istnienia, choćby na tyle, na ile to możliwe.
Zamiast lęku, który mógłby się pojawić wobec tej ogromnej przestrzeni, czuję coś zupełnie innego. Czuję spokój, pokorę, a jednocześnie bardzo głębokie, trudne do wytłumaczenia poczucie bycia otuloną, jakby to wszystko, co mnie przekracza, jednocześnie mnie obejmowało i dawało miejsce.
Myślę wtedy też o Zuli, o tym, że gdzieś w tym wszystkim jest, w jakiejś formie, której nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem, ale którą czuję bardziej niż potrafię opisać, i że jej obecność nie zniknęła, tylko zmieniła sposób bycia, jakby przeszła do tej większej przestrzeni, w której wszystko się mieści.
Pod tym niebem nie boję się. Pod tym niebem, tęsknię za czymś nienazwanym.
Może właśnie dlatego tak bardzo ciągnie mnie do życia w drodze, do kampera, który nie oddziela od świata grubymi ścianami, który nie tworzy złudzenia bezpieczeństwa przez odcięcie, ale raczej pozwala być bliżej, bardziej na granicy, bardziej w kontakcie z tym, co prawdziwe i nieoswojone, z tym, co przypomina, że jesteśmy częścią czegoś większego niż nasze codzienne życie.
W jednym z komentarzy pod moim ostatnim postem ktoś napisał zdanie, które bardzo we mnie zostało: że nie wie, czy jechać do samotni, czy już ją zostawić, że ma 79 lat i że serce mówi jedno, a rozum co innego.
Pomyślałam wtedy, jak bardzo to zdanie jest uniwersalne, jak bardzo dotyczy nie tylko jednej osoby, ale właściwie nas wszystkich, bo przez całe życie uczymy się słuchać rozumu, uczymy się dopasowywać do tego, co wypada, co jest rozsądne, co należy zrobić na danym etapie życia, co powinniśmy, a czego nie powinniśmy, bo jesteśmy za młodzi, albo za starzy, bo mamy obowiązki, bo trzeba pracować, wychowywać dzieci, spłacać kredyty, spełniać oczekiwania.
Bardzo często żyjemy, odkładając to, co mówi serce, na później, na kiedyś, na moment, który może nigdy nie nadejść.
Odpisałam wtedy tej osobie, że w tym wieku to już naprawdę wypada słuchać tylko serca, że ono wie najlepiej, ale prawda jest taka, że im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że może wcale nie chodzi o wiek, że może nie trzeba czekać do końca życia, żeby wreszcie zacząć słuchać tego, co jest w nas najbardziej prawdziwe.
Bo jeśli nie teraz, to kiedy?
Moje serce mówi bardzo wyraźnie. O drodze, o byciu bliżej świata, o życiu, które nie jest zamknięte w ścianach, o porankach i nocach pod niebem, które przypomina, że jestem tylko małą częścią czegoś ogromnego, ale jednocześnie dokładnie na swoim miejscu.
Może właśnie dlatego to niebo tak mnie przyciąga, bo kiedy na nie patrzę, wszystko się upraszcza, wszystko przestaje być tak dramatycznie ważne, wszystko układa się w jakąś szerszą perspektywę, w której jest więcej miejsca na oddech, na zgodę, na bycie takim, jakie jest.
W mieście bardzo łatwo o tym zapomnieć, zamknąć się w czterech ścianach, w swoich myślach, w swoim małym świecie, który z czasem zaczyna wydawać się jedynym możliwym, a tutaj wystarczy podnieść głowę, żeby zobaczyć, że to tylko fragment, że istnieje coś więcej, coś, co nas przekracza, ale też niesie.
I to jest zaskakująco dobre miejsce.
💙
Na zdjęciu, widok z okna dzisiejszej nocy.



