Wpis nieoczekiwanie gorzkawy niczym piołun, który lecząc pozostawia jednak posmak goryczy.

Kasia Miller podczas warsztatów dla kobiet, które organizuję w moim ośrodku Alcha, lubi często powtarzać, że jedynym naszym problemem są … rodzice. Jakoś długo mierzyłam się z tym stwierdzeniem, rozkładając je na kawałki, analizując, dotykając swoimi czułkami rozumienia, wąchając niemalże każdą literkę.

Teraz już wiem/rozumiem/zgadzam się z tym stwierdzeniem, z bólem pewnym, ale i pewnością, że wszystkie drogi, którymi przeszłam, mają swój początek w moich pierwszych dniach/miesiącach/latach i póki nie uwarzę się ze sobą na nowo, dopóty będę ciągnęła ten ogon przeszłości, która podlegając prawu przyczyny i skutku, będzie oddziaływała na mnie bez końca powtarzając historie wpojone mi w tych latach niewinności jakże bezbronnej i delikatnej.

Moi rodzice mieli nas czworo, dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Urodziłam się na … szarym końcu i jest to dobre określenie na to moje miejsce w szeregu dzieci, dla których miłości rodzicielskiej starczyło tylko na pierwszą dwójką. Reszta już była balastem zbędnym i zbyt trudnym by je ogarnąć czułością czy miłością rodzicielską. Musiałam zadowolić się rodzicielskim poczuciem obowiązku, którym ich obdarzono, by nie wylewali swych zbędnych dzieci z kąpielą.
Jestem pewna, że w olbrzymiej części rodzin dzieje się podobnie tylko nikt nie ma odwagi przyznać, że nie kocha, bo przecież miłość matczyna jest/była/będzie? zawsze święta i męczeńska i oczywiście oczywista. Nie różnicuje i wszystkie swe dary rozdaje po równi.

Oczywiście każde z nas doskonale czuje ile tej równi otrzymał i czy była to ta lepsza czy gorsza część.
Sięgając do osobistego doświadczenia, myślę sobie, że najłatwiej jest zauważyć/rozpoznać rodzicielskie “dary”, obserwując relacje i ludzi, których wybieramy w życiu, którymi otaczamy się. To one pokażą nam najlepiej, w którym miejscu stoimy w naszym rodzinnym szeregu. Dzieje się tak dlatego, że nieświadomi praw zachodzących w tej rodzinnej konstelacji, będziemy je powielali tak długo, póki nie odkryjemy, że ciągle odgrywamy role, w jakie nas wtłoczono i, jeśli będzie to np. rola tego drugiego, to i w relacjach ustawimy się dokładnie w tej samej pozycji, wybierając sobie partnerów, znajomych, przyjaciół, którzy skwapliwie będą z nami grali w tę sztuczkę, utwierdzając w nas, to co zostało zasiane w tych jakże niewinnych latach naszego życia.

Można sobie oczywiście grać w te rodzinne rozgrywki bez końca lub … do końca, ale też może warto zadać pytanie czy chcę grać w tą jakże zawiłą układankę. Czy jednak nie lepiej jest zatrzymać się na moment i spróbować odczytać instrukcję obsługi samej siebie, którą pokazują mi moje relacje. Bo może fajnie będzie wreszcie stanąć na szczycie swojego życia, rozejrzeć dookoła, poza schematy, układy, narzucone role, struktury czy rodzinne kompozycje i wybrać świadomie; znajomych, przyjaciół, partnerów, z którymi będzie nam przestrzennie, bezpiecznie i poza skostniałą układnością

Tekst: Alicja Chlasta
Photo by Luke Southern on Unsplash

Zapisz się do naszego newslettera i zawsze bądź na bieżąco!

Zgadzam się na przetwarzanie moich danych osobowych (imię, adres email) przez Alcha Ośrodek Rozwoju Osobistego w celu marketingowym. Wyrażenie zgody jest dobrowolne. Mam prawo cofnięcia zgody w dowolnym momencie. Mam prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia oraz ograniczenia przetwarzania. Dane osobowe na stronie internetowej przetwarzane są zgodnie z polityką prywatności.